<< english version

"Węzeł Kliniczna"


Sztuka otwarta przepędza artystę z bezpiecznych schronów kultury. Skłania go do działania, do podejmowania ryzyka;
Sztuka otwarta rezygnuje ze snów o swej wieczności. Żyje tu i teraz w sporze z doczesnością.

- wycinki z 21 przekonań SZTUKI OTWARTEJ *

Węzeł Kliniczna w Gdańsku to wyjątkowe miejsce, w którym postulaty bogatej w komunikaty sztuki otwartej niewątpliwie się spełniają. Dzięki powstałym tu malowidłom ściennym (murales) miejsce to stało się forum sztuki żywej, dostępnej dla widza, wyzwolonej ze złotych ram, smętnych, muzeów, do których przestali chodzić ludzie i ekskluzywnych galerii dla wybrańców. Ten opustoszały, pozornie anonimowy, tranzytowy punkt w surowym, industialnym pejzażu miasta, niewątpliwie intryguje. Przyciąga wzrok. Spiesząc się do pracy w historycznej Stoczni Gdańskiej to właśnie je każdego ranka mijają robotnicy. Tworzące Węzeł Kliniczna miejskie arterie przecinające się z wielką pętlą tramwajową rozpiętą pod betonowymi filarami wyróżniają się niezwykłą energią. Być może dlatego podtrzymujące ślimaka autostrady filary podobne do masywnych, trapezoidalnych odwróconych brył (średni wymiar każdego z nich: 15 m kw.) stały się miejscem "wielkiego malowania". W 2000 roku Klub Winda zorganizował I Ogólnopolski Festiwal Malarstwa Ściennego - Węzeł Kliniczna. W otwartej przestrzeni miejskiej powstała unikalna w Polsce, Otwarta Galeria Malarstwa Ściennego. Zainspirowany miejscem kurator projektu. Piotr Szwabe vel. Pisz nawiązał do tradycji gdańskiej kontrkultury i do prac artystów, które oplotły stoczniowe mury. To właśnie w Nadbałtyckim Centrum Kultury w latach 1996/1997 działała pracownia murales. Co roku podczas Festiwalu na filarach Węzła Kliniczna powstaje kilka obrazów, których tematyka dotyka współczesnych problemów społecznych. Projekt, do którego może przystąpić każdy, stał się polem twórczej konfrontacji różnych stylów malarstwa ściennego. Artyści przywrócili miastu nową przestrzeń. Zerwali z jej bezbarwnością. Dzięki ich malowidłom mury zaczęły "krzyczeć". Wystawiając je na spojrzenia spieszących tramwajami ludzi twórcy sprawili, że otwarta galeria malarstwa Węzeł Kliniczna stała się miejscem konfrontacji niepopularnych treści, wypieranych z kanonu poprawności mediów i krzykliwych, komercyjnych biłboardów. Murales nie pozwalają więc zapomnieć o masakrze Tybetu przez władze chińskie, przemocy, agresji i morderczym "beauty terrorze" i narzuconym przez massmedia.
Oto murales "Margines dla sztuki" (2004) młodej, warszawskiej malarki Uli Białowąs. Przypomina on codzienną lista zakupów, z którą udajemy się do sklepu. Na silnie powiększonej kartce wydartej z zeszytu w linie znalazły się więc "jajka, twarożek, coś słodkiego, makaron, pasta do zębów, pomidory". To sugestywny komentarz codzienności. Czy potrafimy poza nią wyjść i poddać się odbiorowi sztuki? Rok temu warszawska malarka Ula pojechała na gdański Festiwal Malarstwa Ściennego, by przyjrzeć się malowidłom z pozycji widza niezaangażowanego w proces tworzenia. Wtedy przypadkowo zapytana przez reportera, co sądzi o podobnej idei, pomyślała, że powstające tu malowidła są najtrafniejszą odpowiedzią na sytuację. Idealnie wpisują się w klimat
miejsca. Zdaniem Uli anonimowa architektura Węzła Kliniczna w Gdańsku prowokuje do zmian. Ten typowy punkt tranzytowy to miejsce spotkania anonimowych, spieszących się ludzi. Zwykle przygnębieni, zmęczeni banałem powtarzających się codziennie sytuacji, z niecierpliwością oczekuj ą tu na tramwaje. O czym wtedy myślą? Być może tylko o tym, by spokojnie zaszyć się w swej prywatności, jednak Urszula Białowąs stara się zmienić ich nastawienie. Przekonuje, że przestrzeń publiczna powinna być miejscem refleksji i interpretacji sztuki. Dlatego trzeba zmienić jej funkcję, odejść od estetyki ładnych obrazków. Młody artysta, który tworzy zaangażowaną, wymagającą sztukę, rzadko spotyka się z akceptacją. Dlatego powinna ona mieć swe miejsce w rzeczywistości. Od tego zależy jej zrozumienie. Wychodząc w publiczną przestrzeń miejską mówi o potrzebie żywego, aktywnego odbioru sztuki. Jej zdaniem "margines dla sztuki" zakłada "ograniczanie powierzchni rzeczywistości". Dlatego widzów swych prac artystka chce nieustannie pobudzać.
Filary Węzła Kliniczna nie są miejscem pustej gry z formą ani bezrefleksyjnego, malarskiego działania. Artyści godzą swe malowidła z duchem miejsca (genius locci), jak choćby Niemki Bettina Allamoda i Ursula Doebereiner. Autorki niezwykle atrakcyjnej graficznie pracy (2004) białą farbą naniosły na filar fragment autentycznej mapy satelitarnej z autostrady Berlin -Gdańsk. Dzięki temu udało im się wyeksponować elementy nieobecne na zwykłej mapie. Silnie powiększone zakola dróg odtworzyły w zmniejszeniu przestrzenną strukturę ślimacznic Węzła Kliniczna, wpisując się idealnie w lokalny klimat miejsca. Murales stopiło się z warstwą wcześniejszych graffiti. Łączące się ze sobą linie utworzyły nową mapę drogową. Niezwykle wypracowana, przeestetyzowana formuła została pogodzona z lokalnymi działaniami, niekontrolowanymi procesami. Artystki dały do zrozumienia, że przekształcona malarsko struktura filarów nie jest trwała i żyje własnym życiem. Równie wyrafinowaną, oszczędną formą wyróżnia się również najnowsza praca "Kristallsystem" (2004) Alicja Kwade (Niemcy). Zmierzyła się ona na płaszczyźnie z krystaliczną strukturą brylantu, którą postanowiła przenieść do otwartej przestrzeni miejskiej. Konstruując papierowy, rozłożony model kamienia jubilerskiego upodobniła go przeznaczonego do sklejenia pudełka. Czyste malarstwo artystka odrzuciła na rzecz alternatywnych technik grających w przestrzeni publicznej. Na filary nakleiła silnie powiększony schemat w formie czarno - białych planszy. Dzięki grze skalą precyzyjny, "inżynieryjny" rysunek na czarnym tle nabiera niezwykłej intensywności, atakuje widzów. Idealnie współgra z przestrzenią. Konceptualny charakter ma praca pracującego w duecie z Alicją Kwade Georga. Z płatków 22-karatowego złota wykleił on napis "Nie wszystko złoto, co się świeci". Używając cennego kruszca ,świadomie g0odząc się z jego nietrwałością. Zapewne napis niedługo zniknie. Wybierając materiał, który iluminatorzy średniowiecznych manuskryptów używali z najwyższą precyzją, zupełnie zignorował formę napisu. Jest niestaranny, nierówny, jakby mało nakreślony wprawną ręką, może dziecka, świadomie prymitywny. Nonszalancko, jakby od niechcenia położony materiał intryguje widza, pobudzając go do ingerencji.
"Polityczne stało się prywatne" - dzięki temu hasłu dyskurs ciała trafił do przestrzeni publicznej. Współczesna cywilizacja wciąż je dyscyplinuje. Przestrzeń medialna staje się polem bezpardonowej walki o ciała kobiet, miejscem zawłaszczenia jego indywidualności. Przyznając się do zainteresowania kobiecą cielesnością Magda Bielesz w malowidle "Fitess women" (2003) rozprawia się z "beauty terrorem" i wszechobecnym kultem nienagannej sylwetki. Pokazała więc intensywnie ćwiczące kobiety o pełniejszych sylwetkach odbiegających od tych, które natrętnie lansują massmedia: reklamy prasowe, telewizyjne oraz specjalne
programy poświęcone kulturze fitness. Stojąc w rzędzie próbują zgubić zbędne kilogramy. Ten obraz jest wyrazem sprzeciwu artystki wobec przymusu uprawiania intensywnych, bezmyślnych ćwiczeń, bycia piękną i szczupłą za wszelką cenę, dyscyplinowania ciała gimnastycznymi ćwiczeniami, morderczych diet i reklam środków odchudzających. Przekaz murales wzmacnia dodatkowo estetyka kiczu niczym z popularnego magazynu: landrynkowe, słodkawe kolorki i tło w gwiazdki. Czym jest zatem wolność z dala od opresji? Czy potrafimy żyć nie poddając się presji cudzych oczekiwań? Jak możemy ocalić naszą niezależność? Na pytanie o miejsce dla naszych marzeń i przestrzeń dla autentyczności Magda Bielesz odpowiada w swej najnowszej pracy "Good Girls Go To Heaven, Bad Girls Become Artists" (2004) parafrazuje tytuł książki "Grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą" feministycznej autorki Ute Erhardt. Jak twierdzi, kobiety przeważnie poddają się stereotypom, a tylko nielicznym udaje się zachować niezależność, żyć po swojemu. Na murales Magdy trzy dziewczynki, jedna za drugą, zdecydowanym krokiem idą przed siebie. Ostry rysunek postaci zmiękczyło ich "ubranie" w kwieciste sukienki. Silnie uproszczona forma pracy nawiązująca do formy znaków drogowych, wizualnych ikon sprawia, że przekaz pracy staje się wyraźnym komunikatem. Dialog z kodami - ikonami kultury masowej podjęła też Laura Pawela, autorka murala "Dlaczego wciąż jestem taka gruba?". Zainspirowała ją moda na dzwonki, logo i wyświetlacze do telefonów komórkowych. Posłużyłam się ich schematem dla zobrazowania swojej osobistej rzeczywistości. Jej projekt intemetowy "REALLAURA" polegał na rozsyłaniu do bardzo wielu skrzynek adresatów pseudo-reklamy logo artystki. Jak wyjaśniła, postanowiła "zainteresować odbiorców swoją osobą jako rewelacyjnym produktem, serialem, obrazkiem, skandalem (?), stać się mega-idolem użytkowników telefonów komórkowych, projekt ma wręcz drażnić, jak drażnią nas reklamy nowych produktów wysyłane nam na nasze adresy elektroniczne, ma zapychać skrzynki, doprowadzać do przeróżnych reakcji, śmieszyć...." Wysyłane seryjnie logo Laury stało się elementem swoistego telefoniczo - intemetowego reality-show. Obok projektu "REALLAURA" wyświetlacze telefonów komórkowych Laura Pawela wykorzystuje je również w podświetlanych kasetonach. Logo wymalowane na filarze autostrady, powiększone do dużej skali nabrało niezwykłej energii. Dodatkowo podkreślił to sugestywny, krytyczny komentarz.
Od pięciu lat w Festiwalu Malarstwa Ściennego "Węzeł Kliniczna" uczestniczy gdańska malarka Iwona Zając. Jak przyznała, to dzięki niemu ze swą sztuką udało jej się wyjść w przestrzeń miejską, przebić się przez "galeryjno - muzealny klosz". Obawiając się izolacji od widza i "getta" żyjących ze sztuki artystów, kuratorów, marszandów i bywalców wernisaży. Poszukuje nowych środków wyrazu, ze swoją sztuką wyszła na ulice. "Murales jest dla mnie wyzwaniem" - powiada. W miejscach, w których może liczyć na kontakt z widzem spoza hermetycznego "świata sztuki" odbija szablony. Miasto wydaje się jej bardziej ludzkie, gdy ludzie malują na murach, tworzą własne otoczenie. Stojąc na rusztowaniu przy wielkich filarach oddaje się pracy zagadywana przez przypadkowych przechodniów. Jadąc tramwajem chętnie słucha komentarzy pasażerów oglądających jej malowidła. To, co wyróżnia prace Iwony na tle innych z Węzła Kliniczna, to pełna prostoty poetyka średniowiecznych manuskryptów, intensywny koloryt ich kart. To dbałość o detale. Siedząc godzinami na rusztowaniu z linijką w ręku artystka długo cyzeluje giętką, delikatną, finezyjną kreskę. Przerobione średniowieczne ilustracje, powiększone do monumentalnej skali ,zyskały niezwykłą siłę wyrazu. "Sztuka jest obsesją życia, a ponieważ jesteśmy ludźmi, największą obsesję mamy na swoim punkcie" - powiedział brytyjski malarz Francis Bacon, dlatego kanwą murales Iwony Zając stają się jej doświadczenia i emocje. "Zawsze interesowali mnie chłopcy" - to tytuł pierwszego
jej malowidła ściennego, który zaczerpnęła z własnego opowiadania. W 2000 roku namalowała piłkarzy i mężczyznę palącego papierosa. W 2001 roku na malowidle pod tym samym tytułem ukazała trzy panny niby ze średniowiecznego manuskryptu. W alkowie śnią one o rycerskich potyczkach i turniejach. "Zawsze interesowali mnie chłopcy, może dlatego, ze sama miałam być chłopcem..." - Iwona rozwija swą pełną ironii opowieść o fascynacji "chłopięcymi" pasjami. To piłka nożna, samochody, ale również upijanie się, zadymy w knajpach, "walki pomiędzy pankami, ojami, skinami i metalami. Oblężenie miasta i street fighting". Jak przyznaje w swym opowiadaniu, urzekł ją "męski" świat honoru, proste reguły, ale i głupia ambicja, porywanie się "z motyką na słońce". Dlatego w dolnej części swego malowidła wyróżniła punków - "współczesnych rycerzy". W 2002 roku Iwona namalowała mural przeciwko przemocy. - "Nie lubię skinów, nie lubię przemocy, nie lubię nazizmu, nie lubię faszyzmu" -podpisała go poruszona wydarzeniami, które miały miejsce w Gdańsku i Sopocie. W ciele leżącego na ziemi skina ukorzeniło się drzewo z koroną, którą oplotły giętkie ciała węży. W dolnej części malowidła te same zwierzęta połykają buchające płomienie ognia. Wyjaśniając genezę zła, sięgnęła po ikonografię biblijnego drzewa życia i śmierci. Związana z punkami, anarchopunkami i ekologami wie, co to przemoc. Jej mural to głos niezgody na rasizm, na agresję w Trójmieście.Protest przeciwko zagrożeniu, które dotykało przyjaciół Iwony, przeciw podjazdom skinów na kluby, w których odbywają się punkowe koncerty, przeciw ich "charyzmatycznym" przywódcom z wytatuowanymi na ciele swastykami i wizerunkami Hitlera. Sprzeciwiła się poczuciu lęku, zmowie milczenia i obojętności władz miejskich. Kwestionując tradycyjne role płciowe, w swym malowidle przeciwstawiła się opresji kultury, która przypisywaną kobietom słabość i uległość przeciwstawia "męskiej" aktywności. Rok temu na festiwalu "Węzeł Kliniczna" namalowała pracę pt. "Ludzie" poświęconą znaj ornym z punkowej "załogi" gdańskiej. Kiedy zauważyła, że zbyt szybko wyjeżdżają w poszukiwaniu pracy, postanowiła utrwalić ich twarze przed zapomnieniem. W kwietniu 2003 roku wszyscy wzięli udział w trzygodzinnej sesji fotograficznej. Przynieśli na nią przedmioty, z którymi się utożsamiają. Przyniosła ona serię czarno - białych fotografii, które przetworzyła komputerowo na szablony. Wycięte przez grupę jej znajomych podczas dwóch spotkań podczas festiwalu "Węzeł Kliniczna" zostały odrysowane na filarach. Niczym klocki puzzli wizerunki twarzy znajomych na murach zbudowały obrazkowy "patchwork". Ich odbijanie stało się źródłem niezwykłych emocji. Murales opuszczaj ą powierzchnie filarów Węzła Kliniczna, anektując kolejne przestrzenie miejskie. W tym roku na murach Stoczni Gdańskiej maluje dużąpracę (250 m kw.) poświęcony stoczniowcom. To jej hołd złożony ludziom i miejscu. Inspiracją stała się praca Anny Oliwier, artystki z Bristolu, która powstała wzdłuż olbrzymich murów okalających miejscowe doki. Dowiedziała się o niej ze strony intemetowej Anny (www.annao.pwp.blueyonder.co.uk). Na projekt "Artyści na rzecz dialogu" złożyły się opowieści ludzi o wydarzeniach, które miały miejsce w ich okolicach i zmieniły ich życie. Wyklejone na murze intymne wspomnienia zostały zderzone z przytłaczającym ogromem zakładu. Z tymi samymi emocjami spotykała się słuchając opowieści ludzi pracujących w Stoczni Gdańskiej, gdzie jako rezydentka Koloni Artystów ponad dwa lata ma pracownię. "Jestem dzieckiem stoczni, tu zacząłem pracę i tu zostanę na dobre i na złe..." - mówią o niej często jej pracownicy. Murales "Stocznia" to zapis rozmów, jakie przeprowadziła z nimi Iwona. Spisane z dyktafonu fragmenty w olbrzymim powiększeniu przeniosła na papier i wycięła szablony. Niebieskie i czarne napisy przeniosła na żywe, błękitne tło 23 przęseł wielkiego muru okalającego Stocznię Gdańską od ulicy Jana z Kolna. W swym projekcie słowo połączyła z obrazem. Wspomnienia anonimowych robotników rozbiła panoramami Stoczni wykonanymi w
technice szablonu z powiększonych fotografii. W narrację tę artystka wplotła również dwa autoportrety, na których uwieczniła się jako naga postać o skrzydłach ze stoczniowych dźwigów. Projekt zamknęła własnym tekstem, w którym wielu osobom podziękowała za pomoc. To dzięki przyjaciołom i młodzieży z Integracyjnego Klubu Artystycznego "Winda", z którymi odbywa zajęcia plastyczne, murales w ogóle powstał. Bez subwencji i bez sponsorów. Pracownia w Kolonii Artystów często stawała się domem Iwony. Dlatego swoje malowidła nazwała ona zapisem jej obecności w Stoczni i dialogu, jaki z nią wiodła. Artystka przyznała, że ciągle się jej uczy. Kiedyś, podobnie jak wszyscy, uległa fascynacji "wielkiej" Solidarności i poruszającego emocje miejsca, w którym miał się spełnić mit o wolności i braterstwie. Teraz Iwona uważnie słucha zwykłych ludzi, gdyż z tego wielkiego mitu niewiele już zostało. Jak przyznali sami stoczniowcy, nie podoba im się dzisiejsza Solidarność, związek zawodowy Sierpień' 80. Czują się wykorzystani, przez polityków. Trzy krzyże, oficjalne obchody, wieńce - to dla nich fikcja. Dlaczego na wystawie "Drogi do wolności" zabrakło modeli budowanych przez nich statków, do których byli tak przywiązani? "Wiadomo to jest polityka, do polityki się nie mieszamy" - powiadają. O martyrologii, etosie i Solidarności nie chciała też mówić Iwona Zając. Chciała mówić o człowieku. "Wszystko zaczyna się od jednostki, indywidualnego człowieka, który ma swoje lęki, potrzeby, marzenia - wyjaśniła. -Każdy człowiek to fascynująca historia". Zależało jej na stworzeniu "subiektywnego zapisu historii, kreowanej przez anonimowych ludzi." Ich osobiste narracje są na tyle przekonujące, że nie wymagają żadnego komentarza. To opowieści o życiu, pracy, marzeniach, codziennych radościach, o niespełnionych planach i rozczarowaniu. Zwykle dość banalne. W Stoczni podejmowali zwykle pracę jako młodzi ludzie i mało który myślał, że tak długo tu pozostanie. Bowiem "człowiek idzie tam gdzie są pieniądze". "Zapomniałem o swoich marzeniach" - powiada jeden ze stoczniowców. Dziś robotnicy koncentrują się na pracy. Mówią o dumie przy wodowaniu pierwszego statku, lęku przed wypadkiem, utratą zdrowia i życia, marzenia o odpoczynku i prostych przyjemnościach. "(.,.) Związałem się z tą pracą i muszę tu być do końca choć zdrowie nie dopisuje i nie raz mam dość." Jednak nie chcą opuszczać zakładu i ludzi, z którymi pracowali. Robotnicy zdają sobie sprawę z tego, że w nowej pracy trudno byłoby się im odnaleźć. To przecież część ich życia. Trudno się z tego wycofać. "Jak będę na emeryturze pewnie na początku będzie mi stoczni brakowało, będę do niej przychodził, załatwiał jakieś dokumenty, ale mam domek na wsi i będę podążać bardziej w tym kierunku. Chcę się zaszyć. Działka, spacery po lesie, wnuki zrekompensują mi brak stoczni. Zdrowie żeby tylko dopisało" -powiada jeden ze stoczniowców. Ostatnio coraz częściej odczuwają lęk przed bezrobociem, starością i emeryturą: "Jak zamykali część zakładów nie czułem się za dobrze, bo bez pracy to gdzie, co mam robić? Kraść czy co? Było nie przyjemnie. Jeszcze jak człowiek młody to nie ma sprawy i jak ma jakiś fach to zawsze znajdzie jeżeli chce, ale w starszym wieku to trzeba wytrwać." Jednak stoczniowców najbardziej boli sprzedaż stoczni, bezsensowne rozproszenie tego, co zbudowało wielu ludzi. "Został przekazany majątek stoczni wypracowany przez naszych dziadów i to tak lekką ręką ktoś się pozbył terenów, maszyn, budynków" -mówią stoczniowcy. Dziś pragną tego, aby Stocznia pozostała do końca, jako miejsce, które daje ludziom pracę: "Nie wyobrażam sobie żeby na tych terenach powstało coś innego, tu jest blisko kanał, blisko otwarte morze innego wyjścia nie ma tylko budować statki non stop, czy większe, czy mniejsze, ale budować."
Inspiracją do twórczego kreowania własnego otoczenia, anektowania bezbarwnych fragmentów miejskiej architektury, wznoszenia nowych obiektów i zabudowy niepowtarzalnych przestrzeni jest projekt "M-city" Mariusza Warasa. Dzięki tej szabloniarskiej akcji, która wyrosła
z fascynacji niezależną kulturą i duchem D. I. Y, "planistą" iluzorycznego miasta może stać się każdy. Na stronach intemetowych (www.m-city.prv.pl; www.m-city.org) powstał katalog blisko 100 modułów - elementów pejzażu miejskiego. W technice szablonu zostały wykonane więc kamienice, bloki, fabryki, squaty, cylindryczne budowle w formie olbrzymich naczyń z akcji Food not Bombs, drogi, mury, wieże, pomniki, samochody, drzewa i ludzie. Do wykorzystania od zaraz. Wszystkie elementy w perspektywie izometrycznej zostały tak opracowane, by szkic dowolnego obiektu można było przygotować na kartce formatu A-4, a potem odbijać szablony obok siebie i łączyć je w nieskończonych konfiguracjach. Budynkom przypominającym dwa spiętrzone sześciany można zamieniać dachy i elewacje. Dzięki silnemu skontrastowaniu strony lewej - jaśniejszej i prawej - ciemniejszej zyskały niezwykłą głębię. Architektura M-city powstała głównie pod wpływem Trójmiasta i okolic. Są to miedzy innymi oddolne inicjatywy (np. Ruch Społeczeństwa Alternatywnego, Obywatelska Liga Ekologiczna, Obin, City Rockers, wigry 3, Gdańska Kampania Rowerowa) stowarzyszenia, organizacje pozarządowe, niezależne media (Indymedia). To "kultowe" miejsca skupiające ludzi działających na zasadach samoorganizacji. Są też budowle z głębi Polski (np. squat Rozbrat w Poznaniu). To "wyspy wolności", niewidzialne szczeliny wymykające się nadzorowi państwa, które w "Tymczasowej Strefie Autonomicznej" opisał Hakim Bey. Scaliły je elementy miejskiej infrastruktury: fragmenty prostych, skrzyżowań i zakrętów przystosowanych do budowy tras komunikacyjnych oraz mosty, pola i tory. Nie mogło zabraknąć środków transportu: taksówek, trucków, trzypłatowców, czołgów, autobusów i tramwajów. Przestrzeń M-city przyswoili sobie ludzie: pary, tłumy i grupy. To przede wszystkim znajomi lub osoby działające przy poszczególnych inicjatywach (np. R@T, ekipa Food not Bombs), ale również pan z parasolem, dziecko, policja, "dresy" i pani Tereska. Miasta M-City rozrastają się na murach, w formie graffiti, plakatów, billboardów, viepek, koszulek lub innych form. Ale również wirtualnie, co umożliwia interaktywny program "Konstruktor" autorstwa Roberta Białkowskiego zainstalowany na stronie www.m-city.org. Umożliwia on budowę miast z tych samych elementów, które wykorzystywane zostały w plenerze. Dotychczas projekt został zrealizowany na terenie Trójmiasta (Stocznia Gdańska, Węzeł Kliniczna, Wyspa Spichrzów, Gdańsk Wrzeszcz), Warszawy, Bydgoszczy (MÓZG), Torunia i Poznania (Rozbrat). Na filarach Węzła Klinicznej znalazły się niezwykłe miasta wzniesione na planie rakietowych pocisków oraz luźny katalog używanych w M-City obiektów. Jak chce jeden z 21 postulatów, "Sztuka otwarta jest przekonana, że tworzyć inaczej, to znaczy żyć inaczej". Uczestnicy kolejnych edycji Festiwalu Malarstwa Ściennego "Węzeł Kliniczna" zmienili oblicze Gdańska. Podczas festiwalu "Street Art Jam" pod Mostem Śląsko - Dąbrowskim w Warszawie artyści zamalowali nadwiślańskie mury. "Sztuka otwarta nad kreacje skończone przedkłada proces, stawanie się dzieła wśród uczestników, partnerów" - czytamy. Te galerie "młodego" malarstwa ściennego są nią niewątpliwie.

* Cyt. za: "12 apostolskich wypowiedzi: w złotym ćwierćwieczu polskich teatrów studenckich 1955-80 [katalog]. Wyboru dokonał Tadeusz Kozakowski, Wrocław 1998

W niniejszym eseju wykorzystałam fragmenty swego artykułu "Festiwal Malarstwa Ściennego i murales Iwony Zając", który został opublikowany w portalu kultury niezależnej www.independent.pl

Agnieszka Maria Wasieczko